Kategorie: Wszystkie | A-Files | Pan Szafa | covers | love
RSS
środa, 26 września 2018
Wypada już przestać bawić się w zagadki i wprost napisać dlaczego nie pójdę na film Kler.
Otóż dlatego, że  widziałam zwiastun.
 
Wiem, że to film porządnie zrobiony, mocny i dobrze zagrany. Wszyscy będą o nim mówić  Ale: a) nie powie mi o klerze niczego, czego bym nie wiedziała, b) wiem po zwiastunie, że swietni aktorzy mają świetnie napisane sceny (oczywiście zdaję sobie sprawę, że zwiastun najmarniejszego filmu można zrobić jako zapowiedź pięknego przeżycia,  ale znając poprzednie filmy Smarzowskiego, wiem, że uciągnie ten swój ciężki wózek). A ja oglądając tę  zajawkę śmiałam się. Wiem więc, że i na seansie tego śmiechu nie powstrzymam. 
Wiem, że jest on koniecznym kontrapunktem dla grozy treści, ale ja nie chcę się z tej grozy - która nie jest zwykłą fabułą, a codziennością i prawdą, śmiać. Czułabym się z tym źle.
 
Trochę, jakbym śmiała się z bardzo uzdolnionej muzycznie kobiety, o pięknym sopranie, którą jednak los obdarzył pokaźnym garbem, zezem i matką pijaczką. Która wracając wieczorem z pracy w magazynie  Biedronki zostaje napadnięta, pobita, okradziono z wyplaty i zbiorowo zgwałcona przez szesnastu mlodych mezczyzn na przepustce z wojska.
Wobec tego, skoro punkt "a"  mówi mi, że nie ma takiej potrzeby - uznałam,  że nie warto czuć się aż tak źle.
 
I ot cała sprawa.
 
Na tym chciałam poprzestać. Ale postanowiłam przy tej okazji wyznać, że choć Smarzowskiego szanuję, cenię i uważam za fachowca w tej branży. Każdy jego film można rozpoznać po minucie, bez podglądanie- wyłącznie na słuch. Nie znam innego polskiego reżysera o którym  mogę to powiedzieć. Jest podobno cholernie pracowity,  przy tym wyrobił sobie własny, rozpoznawalny styl, nie boi się też śmierdzących tematów (złośliwi mówią, że nie o brak strachu tu chodzi, a o "gwałtu rety, opchnijmy bilety", ale to ludzie pełni zawiści, którzy nie są w stanie sfilmować poprawnie nawet chrztu własnego dzieciątka. Zwykłym Samsungiem.)
Cieszę się więc, że mamy w polskim kinie takich zdeterminowanych fachowców, jak Smarzowski.
Z takim "ale": ten uzdolniony reżyser stworzył, właściwie wypracował  - naciskając pedał "jedziemy na pełnej kurwie" z filmu na film coraz mocniej -  specjalny, wlasny podgatunek filmowy (to nie byle jaką sztuka!), który roboczo nazwę tu "film zły". Po dobrym, mądrym  filmie "Róża" jakby podłożył sobie pod swój  pedał gazu już nie cegłę, ale pustak, żeby przypadkowo się nie wysunął. 
 
Zaznaczam, że nie boję się w kinie drastycznosci, jeśli jest potrzebna i uzasadniona, przemoc w kinie wspaniale niesie. Ma jednak to do siebie, że sama w sobie szybko nuży. I zamiast zmuszać do refleksji, spowodować jakieś w widzu przebudzenie, powoduje chęć wyjścia na siku. Dlatego drastyczne, bolesne filmy potrzebują poczucia humoru bardziej niż komedie. Jest znakomitym dla przemocy kontrapunktem, przyprawą, która spaja całość. Gdy te dwa składniki są w odpowiednich proporcjach mogą uczynić najtrudniejszy film laską dynamitu wsadzoną w dupy i "tych złych" z ekranu i jednocześnie tych, których ważne tematy nie obchodzą ani w kinie, ani poza nim, a przyszli, bo narzeczona nudziła i jeszcze bilet kupiła. I ten dynamit dopiero daje szansę, że co któryś z nich nie pójdzie siku. A kto wie, może pojawi się u niego myśl, wzruszenie, współczucie, poczucie wewnętrznej  niewygody, które są przecież warunkiem powstania myśli, a kto wie, może nawet dwóch. I to dzieje się dzieki tej magicznej przyprawie, jaką jest humor, zmiękczenie i odrobina czułości dla wlasnego widza. Dzięki temu, że konstrukcja filmu ma gaz, ma hamulec, ma sprzęgło, działającą skrzynię biegów... I oczywiście, nie jest dieslem.
 
Smarzowski robi filmy o ważnych sprawach. Strasznych. O tym, co w naturze człowieka najgorsze. Chwała mu za to,  (o ile nie bierze się to z jakiejś dewiacji, jednej z tych o których pisze prof.Lew Starowicz). Wiele jest głosów ( jak śpiewał klasyk" : "Tak to bywa gdy ktoś zazdrości,
Kiedy brak mu własnej miłości"), że to opisywane zło jest przecież ogólnie znane, nieodkrywcze i w dodatku recept naprawy nie daje. Ale to nie powinno być nigdy zarzutem. Zło, niegodziwość i ludzką ohydę pokazywać trzeba, jeśli się tylko jest na siłach, pokazywać drugiemu człowiekowi jak lustro, pchać mu się z tym przed oczy. A wymaganie "happy endu" w postaci recepty na poprawę, na to, że jakikolwiek film stanie stać się remedium na felery ludzkiej natury jest zwyczajnie głupie.
 
I oto wreszcie dochodzę do tego, dlaczego nie lubię filmów Smarzowskiego. Ten chłopak po prostu nie ma za grosz poczucia humoru. Na pierwszy rzut oka - babus przeczy sam sobie - na zwiastunie Kleru się śmiała, a nie chciała, i teraz ma pretensję, że facet nie śmieszny.  Pies pogrzebany jest tu wlaśnie, on jest śmieszny i pewnie przekonany, że właśnie dzięki temu śmiechowi, nad którym nie da się zapanować do kin przyjdą tłumy - obśmiać katabasów, a przy okazji...no właśnie, co? 
 
Pod wieloma względami uzdolniony reżyser nie widzi różnicy między poczuciem humoru, a "kawałem weselnym." Wydaje mu się, że jak najczęstsze powtarzanie "kurwa mać" i "zajebe cie", że zacytuję tylko te podstawowe wyrażenia, odmienianie słowa "chuj" przez wiele przypadków, to właśnie to: dowcip, humor, zmiana biegów i płynny przejazd przez korki gwałtu i nieprawości, powodując w filmie atmosferę, którą nie tylko widza nie doprowadzi do samobójstwa, ale stanie się podglebiem sprzyjającym refleksji. Że dzięki tym śmiesznym, wulgarnym, prostackim kawałom, widz - inteligent, czy cioł łacniej w zwierciadle się przejrzy, coś dojrzy. I w zwiazku z tym ciut dojrzeje.
Nienawistnicy juz przebąkują , że taki rozrzut społeczny, jaki pojawi się na Klerze - każda grupa niby z innych  pobudek (gówno prawda) jest właśnie Smarzowskiego celem i to wcale nie z powodów, enigmatycznie zwanych etycznymi.)
 
Bo choć nie mogłabym uwierzyć, że ten facet robi filmy dla pieniędzy wyłącznie, to jednak wyobrażam sobie, że niewielu ludzi poszłoby i zapłaciło, by oglądać pijaczka z siekierą bijacego żonę, gdyby nie było przy tym tyle smichu. (A te krawężniki jakie głupie, beka już od czołówki. A co, nie prawdę mówi? Tacy są, psy jebane.)
I mnie to nie przeszkadza, takie i siakie są filmy. Nikt mi nie każe sie nimi katować. Tylko, ze w tej knajackiej formie one nie służą niczemu,  a reżyser poważnie w wywiadach deklaruje, że po to są, by służyć. Piętnowaniu ku poprawie. 
I znów czytam kolejnego złośliwca, który mówi, że pod pozorem kina zaangażowanego społecznie, nasz bidaka Smarzowski tłucze kasę, schlebiajac najniższym gustom uderzając w tematy zapalne, najlepiej te które dawno zapruszone, tliły się od dawna i właśnie teraz wybuchają wielkim, nienawistnym płomieniem .Coś jak strażak-piroman, gorliwy służbista który nadplanowo zalicza wszelkie szkolenia bhp, a  w odpowiedniej chwili rzuca szmatę z benzyną. (znów coś dla Lwa Starowicza).
A ja znów wezmę go w obronę - z czułym  poczuciem humoru, każdy z tych jego "filmów złych" byłby ok. Nawet ten najgorszy, Wołyń, dałoby się uratować wyjawszy pustak z pod pedału gazu, i zamiast niego zacząć używać wajhy zmiany biegów. Dodać dystansu - i tego, czego wlaśnie natura mu poskąpiła. 
Ale, czy mamy prawo robić z tego wyrzut? Gdy komuś brak wzroku, nogi, ręki - wcześniej czy później się zorientuje. Czy kupi protezę, czy zostanie kulasem, to już wyłącznie jego sprawa, ale jest świadom, że ma jakiś brak.
 
 
Ale jak zorientować się, że jest się całkowicie pozbawionym zmysłu humoru? Bliscy przecież nie powiedzą, nawet jak się kapną. A później jest już za późno. Skoro opowiada historię zła w duszy człowieka, jego demoralizacji i wszechobecnego na to przyzwolenia, a ludzie w kinach od morza do gór zarykują się że śmiechu, to jak mogłoby mu w głowie zaświtać, że w warstwie teorii robi filmy dla zaangażowanych intelektualistów, a w praktyce dla wchodzącego motłochu. I sale są wypełnione po połowie. Trzeba być kompletnym autystą natury ludzkiej, by nie wiedzieć, że po seansie  to nie motłoch zyska jakąkolwiek wartość poza popcornem. Im nic nie grozi. Za to reszta - niestety -  wyjdzie z kina już odrobinkę schamiona. 
 
 
 
 
sobota, 08 września 2018

Był sobie taki facet, nazywał się Burt Reynolds. Był jednym z bohaterów mojego dzieciństwa, dlatego tylko, że na drzwiach szafy miałam plakat z City Heat, z nim i Eastwoodem.

Będzie zapamiętany tylko jako mistrz kierownicy, który ucieka.
Niesłusznie. Powinien zostać zapamiętany jako najbjbardziej pechowy aktor świata. Napisałabym chętnie najbardziej
głupi, ale zbyt wiele mam do niego sentymentu. Ilość wielkich ról, z których zrezygnował, a które z
finalnych odtwórców uczyniły królów kina, jest dłuższa niż bibliografia Żeromskiego. Dość powiedzieć, że po Connerym odmówił zagrania Bonda, nie chciał byc Hanem Solo, nie chciał Lotu nad kukułczym gniazdem...


A pech jego zaczął się już wtedy, gdy jako przystojny, ale bardzo jeszcze młodziutki mężczyzna poznał w barze piękną, starszą od siebie kobietę. O seksownie zachrypniętym głosie. Pili sporo, flirtowali, aż pani zaproponowała mu wspólne spędzenie nocy. Był tak młody i nieśmiały, że odmówił i uciekł. Później dowiedział się, że miał okazję spędzić noc z Gretą Garbo...
I po tym paśmie fatalnych, śmiesznych filmów, długów, popełnianych na wszelkich polach głupot zjawia się Quentin Tarantino i bierze go do filmu. Jak zwykle podobno ostatniego.

I oczywiste jest, że w końcu swego życia Burt Reynolds  przejdzie do historii kina. Tarantino zrobi z nim to, co zrobił z muminkiem Travoltą i zombiakiem Russelem - da mu nowe życie. I ten biedak, ten wspaniały, próżny, stary, głupi człowiek w tym akurat momencie umiera. Pech od początku do śmierci,  jakby z oślego uporu. Nie do uwierzenia.

cityheat18408movieposter.1038

I za to też będę go z czułością wspominać, gdy wszyscy inni o nim zapomną.

IMG_20180819_202653_860

08:47, fefone , love
Link Komentarze (2) »
środa, 05 września 2018

Po mądrym wpisie Beaty Stasińskiej na fb, który pozwolę sobie zacytować "Jeden geniusz krytyki wrzucił książkę Marii Stauber do pudła z napisem ksiazki na plaże, drugi został specjalista od żydowskiego kiczu. Obu zabrakło zwykłej empatii. I wiedzy. Rozne są sposoby żegnania się z najbliższymi, na których wojna wywarła trwałe piętno. Jedni jak Rozewicz piszą poemat, inni jak Maria Stauber odbywaja ostatnia rozmowę ze swoją matka, ratując od zapomnienia historie dwóch polskich (zrządzeniem losu polskich) Żydówek, które wraz z rodzinami zapłaciły najwyższa cenę asymilacji. Nie chce wyobrażać sobie jak nasi geniusze żegnać będą lub żegnali swoich bliskich."rozgorzała w komentarzach cała dyskusja, którą czytałam z wielką przyjemnością. 

Nie lubię Rudnickiego (nie jestem pewna, czy ktoś go rzeczywiście serdecznie lubił, poza rodzicami) i nie cenię pisarstwa. Przy felietonach zdarzało mi się uśmiechnąć, choć bez radości i z zawstydzeniem.

Jednak rozumiem, że człowiekowi w jego  wieku, którego tak zwane najlepsze lata przypadły ma czas podły, świat inny, o innej obyczajowości,  innych wobec człowieka-w tym wypadku mężczyzny wymagań czy oczekiwań, na świat w którym dozwolone były dla inteligencji zachowania knajackie, uliczne i stanowiły wtedy pewien męski sznyt, do dziś we wspomnieniach z nostalgią przez niektórych wspominany, trudno jest się zmienić. Nie jest to niemożliwe, ale jeśli do tego dochodzi naturalnie brzydki charakter - niemożliwe. Ale brzydki charakter chadza przecież tak często z pewną inteligencją, której biedaczysku Rudnickiemu nikt odmawiać nie będzie. I tu jest cały witz - ta inteligencja człowieka nie zmieni, ale powinna nakazać mu po prostu udawać. Jak samozachowawczy instynkt zwierzęciu zmienić barwy, czy rozczapirzyć pióra. Udawać, udawać i jeszcze raz udawać że się rozumie zmiany, że się jest częścią współczesności, Europejczykiem, humanistą. Człowiekiem rozumnym. Nałożenie przez starca takiej maski nie jest niczym nagannym,  to wszak naturalne, że gdy ktoś nie ma nogi, zakłada protezę! Rudniki protezy nie chce, odmawia, chce być sobą i nikt mu tego prawa odmówić nie może.

Można go nazywać kiepskim  pisarzem, któremu nie wyszło, zgorzkniałym, sfrustrowanym starcem, seksistą, w końcu nawet chamkiem.

Ale, choć przysługuje mu proteza na NFZ dajmy mu prawo do bycia kulasem do końca życia i bycia z tego dumnym. To dla nas męczące, ale może d to mu już pozostało? Trochę współczucia, poproszę.

 

piątek, 24 sierpnia 2018

Nie mam z kim porozmawiać o śmierci.

wtorek, 14 sierpnia 2018

Świetnie jest wkładać swoje piękne zdjęcia na fejsa, pokazywać stylowe ciuchy na Instagramie, pokazać jak się dzielnie walczy na siłowni i co ładnego zjada na śniadanie.

A co, kiedy okaże się, że naprawdę jest się u kresu sił, tylko strzępem człowieka, który coś pisząc, malując  czy walnąc młotkiem i tworząc nikomu niepotrzebne meble próbuję utrzymać resztki godności  wydrapać jeszcze z siebie jakieś kłaki poczucia własnej wartości. A tak naprawdę, to i to ma już w dupie, tylko nie jest w stanie zawieść, pozostawić tej najbliższej osoby? 

I na chuj wtedy te wszystkie śliczne zdjęcia, przeczytane książki i nauczone języki? 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 87