Kategorie: Wszystkie | A-Files | Pan Szafa | covers | love
RSS
środa, 26 marca 2014
Przez ostatnie dwa lata moich codziennych podróży pociągiem, przyzwyczaiłam się do ludzi, którzy ze mną jeżdżą. Z niektórymi się witamy, zamieniamy kilka słów, z innymi wymieniamy uśmiech lub skinięcia głową. Niektórzy po prostu są i jeżdżą obok. 
Między nimi jeździ pewna pani. Minęła pięćdziesiątkę kilka lat temu i bardzo dba o swój wygląd. Lubi dżinsy rurki, do których zakłada czarne szpilki z czerwoną podeszwą. Krótkie skórzane kurteczki, pastelowe apaszki, biżuteria. Jej fryzura jest zawsze bardzo starannie ułożona, makijaż odważny i staranny. Przystojna starsza pani, w każdym ruchu widać przyzwyczajenie do bycia atrakcyjną dziewczyną.
Mina trochę obrażona, lub kąciki pełnych warg zbyt opadają.

Gdy tylko wsiądzie i zajmie miejsce, wyjmuje małe lusterko, ogląda się i wyciąga książkę. Czyta do ostatniej minuty podróży. Czyta romanse, po obwolutach sądząc, z biblioteki. jedna wystarcza jej na dwa dni. 

Obie mamy zwyczaj wsiadać tylnymi drzwiami. siadamy więc na tyle blisko, że szybko zauważyłam, że książki często się zmieniają, ale towarzyszy im ta sama zakładka - fotografia nieco większa niż pocztówka, sądząc po wyblakłych, orwowskich kolorach z lat siedemdziesiątych lub osiemdziesiątych. Ładna blondynka w stroju kąpielowym, na kamieniu w wakacyjnej scenerii. rozwiany włos, uśmiech. 
Z daleka patrząc pomyślałam - stara pocztówka z Brigitte Bardot. Mając okazję usiąść bliżej, rzuciłam okiem i pomyślałam, że raczej pocztówka z Sipińską. I tak miesiącami grałam sama ze sobą w "rzuć okiem na zakładkę". Zorientowałam się, że to po prostu prywatne zdjęcie. Może siostra, kuzynka, dawna miłość...Snułam historie równie romantyczne i dramatyczne jak te, które czytała w tym czasie  pani, nieświadoma, że jest przedmiotem mojego zainteresowania.

Dziś zdarzyło mi się siedzieć z panią ramię w ramię i gdy przed Falenicą zatrzasnęła Danielle Steel, przez ułamek chwili zobaczyłam tylną stronę fotografii. 
Było na niej napisane zielonym długopisem: "Ja, Międzyzdroje, 1975 rok".

czwartek, 13 lutego 2014

Czytanie to umiejętność taka sama, jak robienie na drutach. Nie budzi jednak podziwu ktoś, kto robi na drutach codziennie wieczorem i co miesiąc, zaraz po wypłacie biegnie kupić trzy motki włóczki. Na pytania bliskich, co ci kupić na imieniny czy gwiazdkę, z błyskiem w oku mówi - dwa kłębki fioletowej angory.
Nie budzi podziwu wówczas, gdy produkuje z tej włoczki rękawy i to tylko od nadgarstka do łokcia. I ani ściegu dalej. Nawet, jeśli wykonuje je bardzo starannie i bardzo szybko, to nie wzbudzi tym raczej w nikim entuzjazmu, nikt go za wzór do naśladowania nie postawi. Nikt nie powie "Ty, Heniek biegasz cały dzień za tą głupią piłką, a popatrz na Zdzisława, siedzi i robi na drutach piękne rękawki!"

Naiwne jest oczekiwanie, że czytanie "Halo", czy "50 twarzy Greya" może stać się wstępem do literatury. Tak jakby oczekiwać, że oglądanie tańca z gwiazdami po dziesięciu latach zaowocuje sięgnięciem po Hanekego.

Czytanie było jest i będzie zajęciem elitarnym. Jego poziom w różnych społeczeństwach ulega stosunkowo niewielkim fluktuacjom. Tradycja czytania, obyczaj obcowania  z cudzymi myślami nie wybucha nagle, jak epidemia, nie jest naturalna potrzebą, której wystarczy nie przeszkadzać, by opanowała serca. Swobodne obcowanie z cudzymi myślami wymaga najpierw swobodnego, obcowania z myślami własnymi - wtedy może narodzić się ciekawość myśli obcego człowieka silna na tyle, by zadać sobie trud składania małych i niewdzięcznie do siebie podobnych znaczków w słowa, a te, przezwyciężając pieczenie pod powiekami i często nudę, w zdania na tyle długo, na tyle odważnie, by czynność ta stała się potrzebą, Wystarczy najpobieżniej przyjrzeć się historii Europy, by zrozumieć, że ta nierównowaga czytelnicza nie jest chwilowa. Nie jest chorobą wieku dziecięcego młodej demokracji, bo ona choć rzeczywiście wciąż  młoda na tyle, by pochylać się nad jej szaleństwami z troską, to dorosła na tyle, by raczej syfilis złapać, niż świnkę. To ożywające co kilka miesięcy szaleństwo statystyk i przerażających diagnoz, zatroskanych zmarszczonych czół, opiera się na fałszywej przesłance, że  czytelnictwo w Polsce ogromnie się zmniejszyło w ciągu ostatnich dwudziestu lat, i należy dołożyć wszelkich sił, by powróciło do swego naturalnego poziomu, przy czym za ten naturalny poziom uznaje się PRL, szczególnie lata 70-80. Tak, i statystyki były wtedy wyższe i rzeczywiście ludzie więcej czytali. Ale uznawanie tego okresu za reprezentacyjny, za nasza prawdziwą czytelnicza twarz - jest tak samo naiwne, jak uznanie miłosierdzia i tolerancji dla bliźnich za reprezentacyjne cechy polskiej tożsamości na podstawie trzech dni po śmierci JP II.
Udawaniem że wtedy, z tym Ulissesem spod lady pod pachą to byliśmy my prawdziwi, tylko teraz coś się nam popsuło, ale jeszcze mała chwilka i naprawimy, wyrządzamy sobie krzywdę i pchamy we wciąż większe kompleksy...
Nie, nie byliśmy wtedy sobą i nie ma do czego się odwoływać. Niestety.
czwartek, 27 czerwca 2013

Znajoma w Emipku pyta sprzedawczyni: gdzie znajdę "Mój Auschwitz" Bartoszewskiego?
Sprzedawczyni: a jaka to dziedzina?
środa, 17 kwietnia 2013

Żyjemy wśród komunałów, stereotypów i bzdur. Nie ma co się na to obrażać -  nic tak, jak odpowiednio dobrany zestaw komunalików nie podtrzymuje neutralnych więzów społecznych, w pracy, w spożywczaku, na klatce schodowej. Są bzdury wieczne i o okresowej przydatności. Bzdury dotyczące konkretnych grup społecznych i zupełnie demokratyczne. Moim ulubionym przykładem takiej bzdury, która towarzyszy człowiekowi od starożytności, we wszystkich okolicznościach dziejowych, do tego wypowiadanej przez ludzi wszystkich stanów, ras i języków jest : "kiedyś było lepiej". W zależności od okoliczności przybiera różne formy, używa różnych chwytów, a to " o, tempora, o mores!", "za moich czasów", "przed wojną, to..." a wśród mądrali " w starożytnej Grecji, to była, panie, prawdziwa demokracja!"Stereotypy mogą też zabijać. Niektóre są społecznie szkodliwe. ale są bzdury dające jakąś korzyść posługującej się nimi grupie osób. Bzdury w dobrej sprawie.

Każdy choć raz słyszał o tym, że gdyby mężczyźni mieli rodzić dzieci, to rodzaj ludzki by wyginął. Że mężczyzna nie zniósłby porodu. Wiem, jak bardzo taki przekaz potrzebny był przez wieki kobietom - rozumiem potrzebę, z której wypływał i szanuję deficyty, jakie zaspokajał. Ale, słysząc po raz tysięczny tę frazę i to słysząc ją z ust inteligentnej kobiety, równouprawnionej, samodzielnej i niezależnej - także finansowo, pomyślałam - pora, miłe panie, kończyć z tymi bredniami. To już nie ten czas i nie ta epoka.

Mężczyźni byli i są w stanie znieść wyrywanie paznokci, wybijanie zębów, przytrzaskiwanie moszny szufladą, podtapianie, przypalanie, wyrywanie kończyn ze stawów. Jak, z powagą na twarzy, możemy twierdzić, że nie znieśliby porodu? Ta nieuprawniona, sztuczna, a jeśli jej się przyjrzeć bez resentymentów - po prostu wulgarnie głupia klisza  stanowiła dla nas pożyteczne narzędzie, którego siłą była kompletna niesprawdzalność w naturze. Cwane, jak straszenie piekłem. 

Jeśli celem jest równoprawność, to nie dodawajmy sobie fałszywych przewag i fałszywych powodów do fałszywej dumy. 
Pogódźmy się z tym, że nie mamy wyłączności ani na męstwo, ani na miłosierdzie, ani nawet na głupotę. 

piątek, 12 kwietnia 2013

Podobno sukces serialu Dawnton Abbey przyczynił się do wzrostu popularności zawodu kamerdynera, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych i Rosji. W USA są nawet agencje pośrednictwa pracy, które specjalizują się w wyszukiwaniu osób o aparycji w najwyższym stopniu zbliżonej do aktora D.A. Czas oczekiwania nie przekracza miesiąca. 
W Rosji za to pojawiły się agencje porywające na zamówienie kamerdynerów z angielskich posiadłości. Czas oczekiwania nie przekracza trzech dni. 
Podobno najwięcej można zarobić na służbie z Buckingham Palace.


sobota, 30 marca 2013
Rok 1952. Ze sprawy o uznanie ze zmarłego: "Zaświadcza się, że ob.Stefan Z. podczas działań wojennych został zamordowany przez okupanta na terenie Rawy Mazowieckiej i dotychczas nie powrócił." W tych czarnych latach jakiż piękny przykład wiary! 
sobota, 02 lutego 2013

Estera Karp, jedna z siedmiu córek skierniewickiego fotografa. Po studiach w Wiedniu mieszka w Paryżu. Jako Esther Carp staje się znaną malarką. Kiedy w 1931 roku Zborowski zorganizuje jej indywidualną wystawę, ona wróci jednak do Polski. W 1941 roku Estera ma pierwszy atak paranoi, trafia do szpitala. Szpital psychiatryczny nie jest wówczas bezpiecznym miejscem, a jednak ma więcej szczęścia, niż jej zamordowane siostry. Po wojnie wraca do Paryża, maluje. Do śmierci w 1970 roku ma napady paranoi i jest zamykana w szpitalach psychiatrycznych.

                               

Objawem jej paranoi było to, że wszędzie widziała antysemitów.


          



środa, 02 stycznia 2013
poniedziałek, 19 listopada 2012

„Największy problem z alkoholem maja w Polsce kobiety sukcesu” – pisze Wprost. Ilość pijących kobiet na szczycie rośnie. A to nie wszystko – sugeruje autorka – te kobiety rzadko trafiają do publicznej służby zdrowia, a więc jest ich więcej, niż wiemy.

Czy naprawdę w Polsce jest więcej pijących „kobiet na szczycie”, niż „nie na szczycie”? Nie mówię nawet o ulicy i wciąż tak nazywanym marginesie, ale o zwykłych kobietach, w gospodyniach domowych, magazynierkach, sprzątaczkach, salowych. Wszak powszechna jest już wiedza, jak bardzo demokratyczna to choroba, znaczyłoby to więc, że mamy w kraju więcej kobiet sukcesu, kobiet na wysokich stanowiskach,  niż wszelkich innych! Aż prosi się o jakiś dowcipny komentarz, siłą się powstrzymuję.

A więc teza od czapy? Przesłanki od czapy.

My, Polska (i jak tu się nie uśmiechnąć) mamy największy problem z piciem „kobiet sukcesu”. Z prostego powodu – inne nas nie obchodzą. Bezdomnych alkoholików, w tym alkoholiczki mamy w dupie – mam znajomych, którzy znając ze swojego domu problem alkoholowy, są w nim obyci, oczytani i w ogóle profesorostwo – którzy potrafią ostentacyjnie zatkać nos, gdy w tramwaju przyjdzie im jechać z bezdomnym! Nie pomni tego, jak cienki włos, jak wątły zbieg szczęśliwych okoliczności i parę złotych dzieli „ich” alkoholików - mamę, tatę, męża od tych meneli. Nawet nie „mamy w dupie” – oni nie istnieją, dopóki nie zaśmierdzą.

 Ale społeczeństwa, ani mężczyzn ani kobiet nie tworzą ani bezdomni, ani jakkolwiek pojmowane elity. I jedno i drugie jest marginesem, ciałem, tym co sprawia, że kraj funkcjonuje - tramwaj podjeżdża, kiosk otwierają, ryż na sushi sprzedadzą w Tesco w niedzielę w nocy – są  zwykli ludzie. I zwykłe kobiety, zwyczajnie uzależnione od alkoholu. I także jest ich więcej niż myślimy, nie dlatego, że też się tak chętnie leczą prywatnie ale dlatego, że częściej się nie leczą w ogóle. Nie leczą się też na wątrobę, na serce, na pryszcze, na nerwicę, dlaczego miałyby się leczyć na alkoholizm?

Ilość pijących kobiet na wysokich stanowiskach rośnie nie dlatego, że mają stanowiska, (jak chciałaby pewnie rzesza wąsatych strażników "naturalnej roli kobiety"), a tylko dlatego, że rośnie ilość kobiet na stanowiskach.

I ich problem jest tak samo dotkliwy, jak problem niewidocznych, nie większy, czy największy. Kto jednak chciałby czytać o popijających magazynierkach dyskontów? Kogo interesuje, jak ciężko zwlec im się rano, ile na kacu waży paleta pomidorów, i gdzie chowają butelki? One ani nie podniosą PKB, nie dostarczą plotkarskiej rozkoszy, nie przyniosą wstydu nikomu poza własną rodziną. Ich staczanie się się jest niewidzialne. Jeśli zostanie wspomniane, to jako kosztowny ciężar dla społeczeństwa, koszt leczenia ich chorób, ich bezrobocia, opieki społecznej. Trzeba im stać się darmozjadem, by zaistnieć, a i to istnienie wyłącznie statystyczne. Śmierdzą? Nie rozwijają się? Brzydną? Szanse ich dzieci na jakikolwiek awans społeczny poz lokalną dilerką maleją? Who cares, byleśmy na nich nie płacili. 

Jest ich 80% z czego uzależnionych 10%. Pozostali to 20% , a uzależnionych wśród nich też 10%. 

Z czyim alkoholizmem (my, Polska - Europa - Świat)  mamy większy problem? 

Obcych?



Tagi: alkoholizm
13:16, fefone
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43