|
sobota, 07 listopada 2009
Wajda tu, Rewers tam
Premiera Rewersu, Kinoteka, 02.11, po seansie: Do reżysera doczłapuje Stary Mistrz Wajda. Naściskał, nagratulował, potem słynnym głosem z zardzewiałej gumy: - Paaaanie AAAndrzeeju, jaaaaaka szkoooooda, że my takiego filmu nieeee moooogliśmy zroooobić. Na to autor scenariusza: - Ależ panie Andrzeju, pan właśnie mógł taki film zrobić! Nie pamięta pan pewnie, ale gdy Rien ne va plus będące w końcu Rewersu matką dostało Kościelskich, to uważając pana za najważniejszego tworcę w tym kraju zdobyłem pana adres i osobiście przywiozłem panu książkę! Miał pan więc ładne kilkanaście lat na stworzenie czegoś, co jak sądzę przerosłoby ten skromny film. Odpowiedzi Starego Mistrza nie przytoczę, bo mi go żal*. Pokaz Rewersu, Sejm, 04.11, po seansie, pytania do scenarzysty i rezysera. Z sali pytanie do scenarzysty zadane przez posłankę PiSu, ktorej nazwiska nie przytoczę, bo także mi jej żal**. - Rozumiem, że fakt, że syn Sabiny, przybyły z Ameryki jest homoseksualistą jasno pokazuje, że zło ojca, jako dziedziczne, nie mogło nie przenieść się, choć w innej formie na syna? Bart, scenarzysta, bez mrugnięcia powieką, uprzejmie odpowiada na zupełnie inne pytanie które stworzył w miejsce tego, które padło, ani słowem nie nawiązując do słów posłanki. * przede wszystkim za Zemstę ** bo jest, mimo wszystko, istotą ludzką
czwartek, 05 listopada 2009
Agata Buzek i Bronek Falski, czyli tak naprawdę Toporek.
Dla tych niewielu, którzy jak ja kochają się w cienkich kosteczkach, przegubach i pęcinach Agaty. Agata i Jerzy Buzkowie, a raczej pani Sabina i pewien podróżny
Podczas kręcenia Rewersu, sceny gdy pani Sabina oczekuje przylotu syna i jego przyjaciela, zupełnie przypadkowo przyleciał też (z Brukseli zapewne) Jerzy Buzek. Przypadkowe zdjęcie córki i ojca.
wtorek, 03 listopada 2009
All you need is love, pa pararara
Zakochać się jest bardzo łatwo. Śmiesznie łatwo, odkochać trudniej, ale też bez przesady, a nie będzie to wpis o odkochiwaniu. Tych, których temat miłości mierzi, proszę o chwilowy spad. Zakochać się łatwo, ale pokochać nieco już trudniej. Ale wyobraźcie sobie takie przesłanki: 1) Nie zna mnie, a pomaga w sytuacji bardzo, bardzo be, a nawet be z nutą niebezpieczeństwa. 2) Jeździ ze mną po rozlicznych lekarzach, wyczekując w poczekalniach. Z uśmiechem. 3) Zaprasza do japońca, widzi moją trzęsionkę - dowiaduje się, że moja psychiatra prysnęła na Bahama, a ja tydzień bez leków. Szuka po nocy lekarza i przekonuje go, żeby przepisał leki. Bo ja słowem nie mogę się odezwać, siedzę z nosem czerwonym jak pieprzony Rudolf i bamberskiej czapce. Z uśmiechem. 3) Jeździ dziwnymi środkami lokomocji na pogrzeb osoby, której na oczy nie widział, nieproszony. Z uśmiechem. 4) Coś, co trudno sobie wyobrazić: na gorącej randce łapie mnie atak ...hmmm...sraczki. ( knajpa indyjska plus seks analny - nie polecam). Sytuacja wysoce krępująca, żenująca. Ja cierpię na kiblu, on włazi do łazienki, siedz na wannie, zagaduje i całuje namiętnie. Odbiera mi wstyd. Jest. 5) Last but not least - w łóżku, kuchni, wannie, knajpianej toalecie robi z moim ciałem rzeczy niesłychane. Mogłabym tak wyliczać, ale ileż można. Jak już napisałam, zakochac się łatwo, pokochać też - zwłaszcza w kimś takim. O co więc chodzi? O decyzję. Dopóki nie podjęta, strach mniejszy i tak naprawdę cały świat męski stoi otworem. Miłość jedno - decyzja drugie. Raz podjęłam decyzję, po dwóch latach, gdy świat otworem...i natychmiast chuj bombki strzelił, wigilii nie było. Żona wygrała. A, że tu żony nie ma - niczego nie ułatwiło. Decyzja taka, że to ten, że jestem zdecydowana, że chcę żeby on i tylko on za dziesięć lat oglądał moje kurze łapki i tyłek jak szafa. Tylko, że tym samym decyduję, że gdy odwidzi mu się, że poczuje fling do makrobiotyczki, wegetarianki, lub gwiazdy zespołu punkowego - będzie potwornie bolało. Że jeśli wybierze Honduras, gdziekolwiek Honduras leży, będzie bolało jak skurwysyn. I decyzja to wzięcie tej możliwości na siebie, zgoda na to, że może zostanę zraniona. To zamknięcie sobie dróg ucieczki, ale jakie słodkie zamknięcie! Decyzję podjęłam, siedząc na tym kiblu. Niech boli, trudno, jeśli tak ma być. Kocham, zdecydowana na wszystko. PS Jeżeli ktoś z moich stałych czytelników przy lekturze tego puścił pawia - obiecuję już niedługo popisać się bezdusznością i cynizmem.
sobota, 24 października 2009
Sasha Grey, XXX video
Nie jestem zwierzęciem festiwalowym. Wielkie być może, że dlatego, że nic na nich nie wygrywam. To napisał mój wewnętrzny cynik. Mój wewnętrzny psychoterapeuta podpowiada "hej, wygrałaś. Tylko przypomnij sobie, co czułaś, kiedy trzeba było na dżwięk swojego nazwiska wstać, odwrócić się do publiczności i pokiwać, na znak - tak, to ja właśnie. A kiedy powinnaś razem z reżyserem wyjść przed ekran i odpowiadać na pytania, to co było? Zjechałaś głową, w tym swoim pierwszym rzędzie tak nisko, że można było wziąć cię za dywanik." Na to odzywa się mój wewnętrzny realista: festiwal filmowy, to nie zawsze konkurs. To przede wszystkim możliwość zobaczenia filmów z całego świata, z których tylko nieliczne będziesz mogła zobaczyć w kinach i to za jakiś rok. Ty, Fefonello, po prostu boisz się ludzi w masie - to raz, nie masz, najzwyklejszego czasu na chadzanie - to dwa. I czapka z głowy, mój realisto, tak właśnie jest. Tym mocniej czuję potrzebę odnotowania, że kilka dni temu wybraliśmy się B (B jak Buddysta) na jedyny film, którego autor był mi znajomy - The girlfriend experience Sodenbergha. Ja wniosłam na seans wiedzę o reżyserze, B. zaś o aktorce, niejakiej Sashy Grey, w pewnych kręgach znanej gwiazdce porno. Która gra w tym filmie omalże samą siebie - czyli luksusową dziewczynę do towarzystwa. Nie prostytutkę, nie call girl, a tak zwaną dziewczynę do towarzystwa, która świadczy usługi...girlfriend właśnie. A więc i jest seks (na ekranie wcale nie tak wiele), ale i czas i atencja i zainteresowanie i rozmowa, wszystko to, czego spodziewa się od towarzyszki. Rzecz jasna, nie wiem, czy zgodzi się za mną Antybioza, kak zwał tak zwał i tak to prostytutka, tylko o rozszerzonym repertuarze usług. Czytając niegdysiejsze wpisy A. wiem, że takie doświadczenia miała. Z tego, co pamiętam, odczuwała ten rodzaj męskiej potrzeby, jako bardziej jeszcze żałosny, niż sama "tradycyjna" wizyta w burdelu. Nie moje to metier, niech się wypowie sama (na jakikolwiek temat, bo do kurwy nędzy, jeśli wolno mi pozwolić sobie na takie le mot, nie można tak znikać! Tego się nie robi czytaczom!), ja napiszę tylko, że choć świat nie byłby wcale uboższy, gdyby The girlfriend experience nie powstał, to dobrze się go ogląda, nie czułam pokusy wymknięcia się na chwilę do Benettona (byliśmy w Złotych Tarasach) i nie żal mi tego, ukradzionego, jak to u matek bywa, rodzinie czasu. Po tym experience, mój B., będący panem swego czasu, poświęcił pewną jego część na poszukanie w necie Sashy G. Dowiedzieliśmy się, że mimo, że w filmie Sodenbergha wygląda na mocno przekroczoną trzydziestkę, ma lat 21. (czy też tyle deklaruje), z jej profilu wynika, że czytuje książki i bla, bla, bla. Jednak najbardziej ujęła mnie udziałem w jednym ze spotów pewnej grupy komików. Zobaczcie, warto. Szczególnie w te szare jesienne dni, szare i jesienne nawet w pięknych okolicznościach przyrody mazurskiej, w których akurat przebywam.
niedziela, 11 października 2009
w Czułym Barbarzyńcy, między innymi z Wojaczkiem
A na koniec, tuż przed przyjściem Buddysty: Lewa pierś sąsiadki jest nieco większa od prawej Zwichnięta symetria To właśnie to potem spadłem z drzewa.
sobota, 10 października 2009
Długie dzieciństwo Cybulskiego i Nuż w bżuhu.
Samotna, zapracowana matka nie ma czasu na czytanie gazet. Chyba, że akurat jej syn ma kółko matematyczne; na tyle blisko, żeby zaprowadzać go pieszo, ale na tyle też daleko, żeby nie opłacał jej się powrót do domu - musi przesiedzieć godzinę na twardej ławce, czekając. Tak się składa, że kółko matematyczne jest we czwartek, czyli dzień Dużego Formatu. W tym tygodniu wyjątkowo ciekawego. Nie ma zamiaru pitolić tutaj o tym, co każdy może sobie sam przeczytać, ale musi wspomnieć, co zwróciło jej uwagę, już pod sam koniec siedzenia. Zostało pięć minut do zakończenia kółka matematycznego, matka czyta w DF fragment książki Angeliki Kluźniak "Marlene". Fragment dotyczący Zbyszka Cybulskiego. Czyta: "Kiedy był mały, jeździł do dziadka do Warszawy. Wyciągał aparat Pathe Baby i na prześcieradle umocowanym na ścianie oglądał filmy. James Dean w skórzanej kurtce, Charlie Chaplin przeciska się między sprężynami zegara"." Coś matce nie gra, ale dzwoni dzwonek i jej syn wypada z klasy, jeszcze parujący od części wspólnych zbiorów. Matka zapomina, ale - jak to matka, przypomni sobie. Ma ostatnio kiepską pamięć i bywa rozkojarzona, więc sprawdza u Wiki. Wiki mówi: Stara, masz rację. Otóż, jak, do kurwy nędzy, Cybulski, urodzony w 1927 roku, będąc małym dzieckiem mógł oglądać film nakręcony w roku 1955? W chwili, gdy James Dean stał się aktorem (a nie nosicielem halabardy, lub siódmym chłopcem przy fontannie) Cybulski miał 28 lat. Nawet zakładając, że do warszawskiego dziadka film spłynął w tym samym czasie, co do kin amerykańskich, to jednak nie da się tego momentu w życiu Zbyszka Cybulskiego podciągnąć pod "kiedy był mały". To głupstwo, bezmyślne, ale nieszkodliwe i matka nie pisałaby o tym, gdyby nie był to kolejny kamyczek wrzucony do jej osobistego ogródka - ogródka historycznego. Matka, chociaż często czuje się stara jak Noe i zmęczona jak Żyd Wieczny Tułacz, jest matką stosunkowo młodą i niedouczoną (a nawet - jak sama twierdzi - jest tumanem, który miał w szkołach ważniesze sprawy nad naukę.) Od pewnego czasu ma jednak wrażenie, że osoby z - mniej więcej - jej pokolenia, o młodszych nie wspominając, mają cudowną historyczną perspektywę, wlaściwą maleńkim dzieciom - mianowicie świat rodzi się razem z nimi, a więc w roku siedemdziesiątym, siedemdziesiątym piątym, czy tez osiemdziesiątym dziewiątym. To co wcześniej to mgła, a co "przed wojną", to już istne mleko. Przed wojną pierwszą, drugą czy burską - jeden chuj. Przyjaciel matki, inteligentny, wykształcony, niewiele starszy od niej chłopak, pytał ją kilka dni temu o Brunona Jasieńskiego, czy matka wie, kto o był. Matka węszy jakąś ironię, ale nie, serio pytanie. Przyjaciel pyta, no to kto to? Ano, poeta. A kiedy on żył. W międzywojniu. No jak to - wątpi przyjaciel - przecież w piosence Kaczmarskiego on został wywieziony na Syberię? Abstrahując od tego, że w końcu wyszło na jaw, że Jasieński na Syberię nie dojechał, zamordowali go pod Moskwą, istotne jest to, że wykształcony wyżej człowiek kojarzy zsyłkę na Syberię wyłącznie z czasami carów. Matka szukała, ale nie znalazła daty urodzenia Angeliki Kluźniak, ale biorąc pod uwagę, że Cybulski, Dean i Spartakus to dla niej dawne, przedwojenne czasy i kojarząc charakterystyczną zbitkę imienia z nazwiskiem z pierwszym zachłyśnięciem się Polaków Dynastią, lokuje czas jej narodzin na późne lata osiemdziesiąte. Matka, jak to matka, może się mylić. W dodatku, wie, że woła na puszczy, co zresztą też jest domeną matek. I przypuszcza, że niewiedza co do historii ludzkości i en globe i w detalu może być źródłem swoistego błogostanu. I w związku z tym przyznaje, że do napisania powyższego popchnęła ją wyłącznie o ten błogostan zazdrość. Obiecuje, że będzie z tym brzydkim uczuciem walczyć. PS Jak się już dorwała, to napisze, że w ramach ćwiczeń z życia rodzinnego, mają z Buddystą wspólną książkę. Miesiąc jest u niej, miesiąc u niego. Jak się sprawdzi, spróbują z chomikiem. Jakkolwiek Machiavelli Jadał wyłącznie kompot z suszonych morelli, Pewnego dnia zażądał rosołu z kurczęcia I tak go to wzmocniło, ze siadł i napisął "Księcia". Ta książka, to Fioletowa krowa Barańczaka.
niedziela, 04 października 2009
Żałoba w pięknym obuwiu
Umarł Edelman. I właśnie dowiedziałam się, że Bart nie dostanie Nike. Idę więc w miasto, obnosić swą żałobę w nowych srebrnych szpilkach (9 West) i innych błyskotkach. * *jeśli ktoś odczyta tak, że to dla mnie dwa, równoważnie przygnębiające zdarzenia, to niech tu więcej nie zagląda.
sobota, 19 września 2009
niedziela, 19 lipca 2009
Włosy Anny Wintour i wielki malinowy cyc.
http://www.arp.tv/production.html?production=septissu Kiedy przekroczę czterdziestkę, będę miała taką fryzurę, jak Wintour. Oczywiście, będę piękniejsza.
Lu, pamiętasz te galaretkowe cycki w Arkadii? Też sobie zrobiłam podobny, mój własny owocowy cycek. |
Archiwum
Ostatnie notki
Zakładki:
Do porannej herbaty
NOWE
Poczytuję
Podglądam
Prażka
|